Stare ozdabiane rafią meble mają to do siebie, że na ogół idealnie ze sobą współgrają, mimo, że z założenia nigdy nie stanowiły formalnego kompletu, to też decydując się na taki wystrój zawsze ma się spore pole manewru i możliwość dokładania kolejnych elementów w miarę ich gromadzenia..:) Ostatnim naszym nabytkiem jest znaleziony na pchlim targu nietuzinkowy kwietnik, który pomimo opłakanego stanu jakoś od pierwszego wejrzenia mnie zauroczył...:)
Nie zniechęcił mnie ani brud, ani pozdzierany lakier, ani urwane nóżki, ani nawet (czego nie widać na zdjęciu) rozwarstwiona, dorabiana przez poprzedniego właściciele górna półeczka..Zanim jeszcze kwietnik wylądował w bagażniku samochodu, ja już miałam wstępnie uknuty plan działania :)
Jak to zwykle przy wszelkich renowacjach bywa, wszystko bardzo przeciągnęło się w czasie, gdyż najpierw trzeba było dokładnie oczyścić drewno z resztek lakieru , następnie wszystko co rozklejone solidnie ze sobą połączyć, zaszpachlować nawet najdrobniejsze ubytki, powierzchnie precyzyjnie odtłuścić i dopiero zabrać się za dobieranie docelowego, kompatybilnego z resztą mebli koloru.. Po uzyskaniu zadowalającego odcienia pokryłam mebelek woskiem, wypolerowałam i wniosłam do salonu :)
Maskotki nie były by sobą, gdyby nie wykorzystały okazji do pokazania się na blogu i wtrącenia w moje prace naprawcze swoich 'trzech groszy'... to też jak tylko odnotowały obecność nowego mebla... szybko pozbierały wszystkie trzy wykwitające na parapetach fiołki, ustawiły je na kwietniku i dumne z siebie zażądały uwiecznienia ich 'dzieła' na pamiątkowych fotkach :D...
Mój 'kawałek internetu' poświęcony wszystkiemu co kocham: lalkom i starociom które zbieram i naprawiam od lat, szyciu i tworzeniu czegoś z niczego.
wtorek, 17 września 2013
niedziela, 1 września 2013
Trafiona-naprawiona :)
Bohaterką dzisiejszego wpisu będzie lalka, która trafiła do mnie bardzo okrężną drogą... Historia zaczyna się około 3 lat temu, kiedy to po raz pierwszy zobaczyłam ją na rodzimym portalu aukcyjnym.. miałam szczere chęci 'przygarnąć' ją pod swój dach drogą kupna... jednak z przyczyn ode mnie niezależnych koniec aukcji przegapiłam i lalka bezpowrotnie zniknęła mi z horyzontu...
Trudno się mówi- pomyślałam i machnęłam ręką, w końcu to nie pierwsza lalka, której nie udało mi się 'upolować.. w niedługim czasie nawet zdążyłam o niej zapomnieć... aż pewnego dnia, ni z tego ni z owego, na jednym z pingerowych blogów lalkowych zobaczyłam jakoś znajomo wyglądającą buzię.. ;) Okazało się że laleczkę kupiła moja lalkowa znajoma z czasów kiedy blogowałam na pingerze :)
Z taką sytuacją też już niejednokrotnie się spotykałam..często znajduje się 'swoje' upatrzone 'łupy' na cudzych blogach ;) Zostawiłam Edycie komentarz i znów z biegiem czasu o lalce zapomniałam..Jej dalsze losy poznałam dopiero po około roku.. okazało się, że laluszka po bliskim starciu z synkami właścicielki uległa wypadkowi... Edyta próbowała ją ratować, ale w końcu postanowiła lalkowe nieszczęście wysłać w świat i takim oto sposobem stałam się jego kolejną i ostatnią właścicielką :)
Tak wyglądała omawiana lalucha tuż po wyłowieniu jej z pudła..Na pierwszy rzut oka wygląda całkiem dobrze.. no może tylko butki pogubiła i fryzura nieco się jej zwichrowała... ale po dokładniejszych oględzinach wyszła na jaw cała prawda o tym co jej się przydarzyło...
Palec biedaczka straciła dużo wcześniej- o jego braku informował uczciwie sprzedawca wystawiając ja na aukcję..ale synkowie Edyty postanowili chyba zmienić jej nieco 'grupę inwalidzką' i dodatkowo zafundowali jej..rozległe zmiażdżenie kończyny dolnej z odpryskami...
Do pary z 'fachowo' przeprowadzoną 'trepanacją czaszki'...
Kiedy to zobaczyłam nie bardzo wiedziałam jak w ogóle zabrać się za naprawę... pęknięcia zostały pancernie zaklajstrowane szybkoschnącym klejem.. który wyciekając z pomiędzy nieprecyzyjnie złączonych kawałków porcelany utworzył upiorne zacieki...Rozklejenie wszystkiego graniczyłoby więc z cudem, dlatego musiałam wymyślić inny sposób na przywrócenie lalce przyzwoitego wyglądu... Szczerze pisząc zajęło mi to bardzo dużo czasu... ponieważ musiałam precyzyjnie zeszlifować z porcelany cały nadmiar kleju, ubytki zaszpachlować, a paskudne łączenia jakoś zamaskować.... właściwie najmniej problemu przysporzyło mi dorobienie brakującego paluszka...
Kiedy dobrnęłam wreszcie do szczęśliwego końca mozolnej naprawy.. postanowiłam też zafundować laleczce nową garderobę... fabryczna sukienka była dość topornie uszyta,,, dlatego też z oryginalnego stroju lalki zostawiłam tylko buciki, które szczerze mi się podobały, a całą resztę sfabrykowałam od nowa po swojemu :)
Na zakończenie dodam jeszcze coś z zupełnie innej beczki.. a raczej.. skrzynki ;) Dla wszystkich ciekawych tego gdzie 'leżakują' moje lalki zanim doczekają się swojej kolejki i jakie to na chwile obecną mam lalkowe zaległości... ta da! Przyznaję się bez bicia... wczesnojesienne prace porządkowe w ogrodzie przyczyniły się do tego, że ostatnio zaniedbałam trochę swoje lalkowe 'pacjentki'..
Trudno się mówi- pomyślałam i machnęłam ręką, w końcu to nie pierwsza lalka, której nie udało mi się 'upolować.. w niedługim czasie nawet zdążyłam o niej zapomnieć... aż pewnego dnia, ni z tego ni z owego, na jednym z pingerowych blogów lalkowych zobaczyłam jakoś znajomo wyglądającą buzię.. ;) Okazało się że laleczkę kupiła moja lalkowa znajoma z czasów kiedy blogowałam na pingerze :)
Z taką sytuacją też już niejednokrotnie się spotykałam..często znajduje się 'swoje' upatrzone 'łupy' na cudzych blogach ;) Zostawiłam Edycie komentarz i znów z biegiem czasu o lalce zapomniałam..Jej dalsze losy poznałam dopiero po około roku.. okazało się, że laluszka po bliskim starciu z synkami właścicielki uległa wypadkowi... Edyta próbowała ją ratować, ale w końcu postanowiła lalkowe nieszczęście wysłać w świat i takim oto sposobem stałam się jego kolejną i ostatnią właścicielką :)
Tak wyglądała omawiana lalucha tuż po wyłowieniu jej z pudła..Na pierwszy rzut oka wygląda całkiem dobrze.. no może tylko butki pogubiła i fryzura nieco się jej zwichrowała... ale po dokładniejszych oględzinach wyszła na jaw cała prawda o tym co jej się przydarzyło...
Palec biedaczka straciła dużo wcześniej- o jego braku informował uczciwie sprzedawca wystawiając ja na aukcję..ale synkowie Edyty postanowili chyba zmienić jej nieco 'grupę inwalidzką' i dodatkowo zafundowali jej..rozległe zmiażdżenie kończyny dolnej z odpryskami...
Do pary z 'fachowo' przeprowadzoną 'trepanacją czaszki'...
Kiedy to zobaczyłam nie bardzo wiedziałam jak w ogóle zabrać się za naprawę... pęknięcia zostały pancernie zaklajstrowane szybkoschnącym klejem.. który wyciekając z pomiędzy nieprecyzyjnie złączonych kawałków porcelany utworzył upiorne zacieki...Rozklejenie wszystkiego graniczyłoby więc z cudem, dlatego musiałam wymyślić inny sposób na przywrócenie lalce przyzwoitego wyglądu... Szczerze pisząc zajęło mi to bardzo dużo czasu... ponieważ musiałam precyzyjnie zeszlifować z porcelany cały nadmiar kleju, ubytki zaszpachlować, a paskudne łączenia jakoś zamaskować.... właściwie najmniej problemu przysporzyło mi dorobienie brakującego paluszka...
Kiedy dobrnęłam wreszcie do szczęśliwego końca mozolnej naprawy.. postanowiłam też zafundować laleczce nową garderobę... fabryczna sukienka była dość topornie uszyta,,, dlatego też z oryginalnego stroju lalki zostawiłam tylko buciki, które szczerze mi się podobały, a całą resztę sfabrykowałam od nowa po swojemu :)
Na zakończenie dodam jeszcze coś z zupełnie innej beczki.. a raczej.. skrzynki ;) Dla wszystkich ciekawych tego gdzie 'leżakują' moje lalki zanim doczekają się swojej kolejki i jakie to na chwile obecną mam lalkowe zaległości... ta da! Przyznaję się bez bicia... wczesnojesienne prace porządkowe w ogrodzie przyczyniły się do tego, że ostatnio zaniedbałam trochę swoje lalkowe 'pacjentki'..
piątek, 23 sierpnia 2013
O chłopaku we fraku ;)
Jakiś czas temu przemierzając wzdłuż i w szerz pobliski targ staroci natrafiłam na dość osobliwe lalkowe znalezisko... Lalka, a raczej lalek urodą swą nie grzeszył.. i właśnie z tego powodu zdecydowałam się zabrać go ze sobą.. poza tym w swej tandetnej brzydocie wyglądał mi jakoś znajomo, choć prawdę pisząc na pierwszy rzut oka przypominał swoistą krzyżówkę uśmiechniętego Hitlera z małorolnym chłopkiem w sfatygowanym kapelusie ;)
Tu przychodzi na myśl refleksja "co producent miał na myśli??" w końcu doznałam 'olśnienia' biorąc poprawkę na to, że Panowie Chińczykowie nie zawsze właściwie interpretują znaczenia słowa 'podobieństwo'... Przecież ten lalek to Chaplin! ;) Nie ważne, że Paskud z Charliego miał tylko rozczłapane buciory i frak .. od czego jest wyobraźnia ;)
W oparciu o znalezione w sieci zdjęcia postanowiłam z targowej szkarady zrobić własną podobiznę Chaplina... i tu konieczne było zdarcie z lalkowej głowy nieudolnej malatury ( słowa 'zdarcie' użyłam nie bez kozery.. demakijażu dokonałam przy użyciu polerki ), a następnie pomalowanie jej po swojemu z względnie możliwym zachowaniem podobieństwa.. Następnie konieczne było sfabrykowanie nieodłącznych gadżetów kultowego Charliego.. Melonik ufilcowałam z czesanki, a laskę zrobiłam z kawałka drutu.. na koniec dorobiłam jeszcze stojak, w prawą dłoń (w obu rękach lalka Chińczycy wywiercili wielkie dziurska) wcisnęłam mu chusteczkę i... wreszcie mamy Chaplina jak ta lala ;)
Odzienie nowego lokatora bardzo zainteresowało mojego blogowego Maskotka.. jako że zawsze preferował raczej niechlujny styl, frak był dla niego nie lada ciekawostką... to też postanowiłam sprawić mu małą niespodziankę, kiedy zupełnym przypadkiem w jednym z ulubionych lumpeksów natrafiłam na miniaturowych rozmiarów galowe ubranko ;)
Tu przychodzi na myśl refleksja "co producent miał na myśli??" w końcu doznałam 'olśnienia' biorąc poprawkę na to, że Panowie Chińczykowie nie zawsze właściwie interpretują znaczenia słowa 'podobieństwo'... Przecież ten lalek to Chaplin! ;) Nie ważne, że Paskud z Charliego miał tylko rozczłapane buciory i frak .. od czego jest wyobraźnia ;)
W oparciu o znalezione w sieci zdjęcia postanowiłam z targowej szkarady zrobić własną podobiznę Chaplina... i tu konieczne było zdarcie z lalkowej głowy nieudolnej malatury ( słowa 'zdarcie' użyłam nie bez kozery.. demakijażu dokonałam przy użyciu polerki ), a następnie pomalowanie jej po swojemu z względnie możliwym zachowaniem podobieństwa.. Następnie konieczne było sfabrykowanie nieodłącznych gadżetów kultowego Charliego.. Melonik ufilcowałam z czesanki, a laskę zrobiłam z kawałka drutu.. na koniec dorobiłam jeszcze stojak, w prawą dłoń (w obu rękach lalka Chińczycy wywiercili wielkie dziurska) wcisnęłam mu chusteczkę i... wreszcie mamy Chaplina jak ta lala ;)
Odzienie nowego lokatora bardzo zainteresowało mojego blogowego Maskotka.. jako że zawsze preferował raczej niechlujny styl, frak był dla niego nie lada ciekawostką... to też postanowiłam sprawić mu małą niespodziankę, kiedy zupełnym przypadkiem w jednym z ulubionych lumpeksów natrafiłam na miniaturowych rozmiarów galowe ubranko ;)
czwartek, 8 sierpnia 2013
Dziś będzie o wyplataniu ;)
Oprócz pokaźnego zbioru bransoletek, w koszyku uchowało się też kilka schematów ich wiązania... co nie umknęło uwadze maskotek, które swemu znalezisku zaczęły się bardzo wnikliwie przyglądać kombinując jak to 'działa'..
Jak sama nazwa wskazuje bransoletki z założenia miały być symbolem przyjaźni.. to też nie obyło się bez uroczystego zawiązania na nadgarstku Briana pstrokatej plecionki, która do czarnej koszuli jakoś żadną siłą nie pasowała.. jednak, jako że o gustach się nie dyskutuje... pozwólmy mu ją zachować pomimo chichotów Lany...
Jednym wnikliwe przestudiowanie schematu pomogło, innym nie koniecznie.. Podczas gdy czerwonowłosa Lana stosując się do instrukcji wysupłała całkiem zgrabną bransoletkę... jej kolega narobił tylko bałaganu, co idealnie dowodzi, że chyba nie każdy ma predyspozycje do 'robótek zręcznych' ;)
A to już prezentacja tego co przed laty osobiście wysupłała autorka bloga ;) Większość z tych wzorków wymyślałam na poczekaniu nudząc się jak mops podczas niejednej szkolnej lekcji ;) Inne pochodzą z książki, którą przed laty sprezentowała mi mama, a która z biegiem lat zaginęła bez wieści, jeszcze inne to patenty innych bransoletkowych dziergaczek pozyskane drogą wymiany...
Ale.. ale.. to jeszcze nie koniec wpisu ;) Jako że maskotkom wyplatanie weszło chyba w.. porcelanę.. postanowiłam trochę się nimi wysłużyć przy naprawie uszkodzonej rafii w starym gazetniku ;)
I voila! po dziurze ani śladu ;) Gazetnik może wracać do salonu, a maskotkom należy się chwila odpoczynku, bo nawet im upały dają się już solidnie we znaki ;)
wtorek, 30 lipca 2013
Z cyklu "targowe znaleziska"
Dziś w roli głównej wystąpi kolejna przyniesiona z lokalnego targowiska lalka, którą zdecydowałam się zaadoptować głównie ze względu na bardzo symboliczną cenę.. prawdę pisząc nie miała w sobie absolutnie nic szczególnego... ot zwykła bezmarkowa laluszka w stanie wstępnego 'rozkładu'...
Brudna jak nieboskie stworzenie, z oderwanym, mocno potarganym 'skalpem', odziana w jakąś nędzną koszulinę... na domiar złego .. leżąca.. TAK.. nie znoszę w ten sposób upozowanych lalek, bo nie dość że są okropnie nieustawne, to jeszcze ze względu na ich specyficzną budowę ciężko uszyć dla nich odzienie, które będzie względnie przyzwoicie na nich wyglądało..
Właściwie jedyną zaletą rzeczonego targowego 'wykopaliska' były dość słuszne gabaryty porcelanowych części.. w pozycji leżącej lalka mierzyła około 45 cm długości, przy czym była trochę nieproporcjonalna, i aż się prosiła, żeby wydłużyć ją przynajmniej o kilka centymetrów.. A skoro i tak konieczna była gruntowna 'przebudowa' lalki.. nie miałam najmniejszych skrupułów by ją 'posadzić' ;)
I tak zabrałam się za szycie nowego korpusu, który powstał na bazie innej lalki z mojego zbiorku, której konstrukcja bardzo mi przypasowała... Zakasałam rękawy, wszystko dokładnie wymierzyłam, skroiłam, pozszywałam i wypchałam po kilku godzinach żmudnej pracy powstał taki oto, dość mobilny 'tworek'..
Oczywiście konieczne było przemalowanie główki, bo fabryczna malatura wyglądała jakby ktoś potraktował laluszkę lakierem do paznokci do pary z flamastrami, a czupryna zanim została osadzona na czubku owej głowy przeszła całą serię zabiegów pielęgnacyjnych od prania zaczynając, na układaniu kończąc..
Kiedy mój lalkowy 'tworek' został posadzony i 'wypacykowany' przyszedł czas na uszycie dlań stosownej garderoby.. i tu wybór padł na skromną sukieneczkę będącą poniekąd mniejszą kopią typowej dla małych dziewczynek sukienki, do której sfabrykowałam jeszcze pasujące butki i białe majtasy ;)
Brudna jak nieboskie stworzenie, z oderwanym, mocno potarganym 'skalpem', odziana w jakąś nędzną koszulinę... na domiar złego .. leżąca.. TAK.. nie znoszę w ten sposób upozowanych lalek, bo nie dość że są okropnie nieustawne, to jeszcze ze względu na ich specyficzną budowę ciężko uszyć dla nich odzienie, które będzie względnie przyzwoicie na nich wyglądało..
Właściwie jedyną zaletą rzeczonego targowego 'wykopaliska' były dość słuszne gabaryty porcelanowych części.. w pozycji leżącej lalka mierzyła około 45 cm długości, przy czym była trochę nieproporcjonalna, i aż się prosiła, żeby wydłużyć ją przynajmniej o kilka centymetrów.. A skoro i tak konieczna była gruntowna 'przebudowa' lalki.. nie miałam najmniejszych skrupułów by ją 'posadzić' ;)
I tak zabrałam się za szycie nowego korpusu, który powstał na bazie innej lalki z mojego zbiorku, której konstrukcja bardzo mi przypasowała... Zakasałam rękawy, wszystko dokładnie wymierzyłam, skroiłam, pozszywałam i wypchałam po kilku godzinach żmudnej pracy powstał taki oto, dość mobilny 'tworek'..
Oczywiście konieczne było przemalowanie główki, bo fabryczna malatura wyglądała jakby ktoś potraktował laluszkę lakierem do paznokci do pary z flamastrami, a czupryna zanim została osadzona na czubku owej głowy przeszła całą serię zabiegów pielęgnacyjnych od prania zaczynając, na układaniu kończąc..
Kiedy mój lalkowy 'tworek' został posadzony i 'wypacykowany' przyszedł czas na uszycie dlań stosownej garderoby.. i tu wybór padł na skromną sukieneczkę będącą poniekąd mniejszą kopią typowej dla małych dziewczynek sukienki, do której sfabrykowałam jeszcze pasujące butki i białe majtasy ;)
poniedziałek, 22 lipca 2013
Jamnik Fafik i misiek Zdzisiek- czyli mamine pluszaki :)
Czego to człowiek nie znajdzie na własnym strychu ;)... Podczas kolejnej wyprawy w jego najciemniejsze zakamarki udało mi się spod sterty rupieci wygrzebać dwa pluszaki należące przed laty do mojej mamy.. co prawda stan obu 'wykopalisk' niejedno dziecko najpewniej by przestraszył, gdyż w niczym nie przypominały ulubionych zabawek sprzed lat, ale mimo to postanowiłam podjąć próbę ich zreanimowania, a to dlatego, że oba były prezentami, które mama dostała w dość niecodziennych okolicznościach ;)
Jako pierwszy strychowe ciemności opuścił Fafik.. z relacji mamy wynikało, że był kiedyś sporych rozmiarów kudłatym, beżowym jamnikiem... był.. bo to co przyniosłam pod pachą przypominało raczej poszarpaną kupę kurzu z długimi uszami...
Wypchany pakułami pluszak miał oderwaną głowę, którą ktoś przyszył byle jak niebieskim sznurkiem, ponadrywane uszy i oczy.. do tego był niewyobrażalnie brudny i zdeformowany.. ale jak już wcześniej wspomniałam postanowiłam dać szansę jamnikowi, którego mama dostała w dzieciństwie ( tak tak... w czasach rozkwitu socjalizmu :)) od jakiegoś gościa z dalekiego zachodu :D
Piesek został rozpruty, wypatroszony, solidnie odmoczony i wyprany... po wysuszeniu i złożeniu z powrotem do kupy trzeba było jeszcze Fafika solidnie wyszczotkować...i voila! Znów wygląda jak francuski piesek ;)
Jako drugi ze strychu powrócił Zdzisiek... miś 'trociniak' będący prezentem od kolegi, który we wczesnej młodości najwyraźniej się w mamie podkochiwał ;) Stan miśka był równie kiepski jak jego uszatego kompana... trudno było mi nawet jednoznacznie określić kolor pluszu z jakiego był uszyty..
Podczas demontażu wyszło na jaw, że głowa, która z założenia powinna być ruchoma została przytwierdzona na stałe do korpusu, nos miśka zaginął bez wieści, a w jego miejsce babcia wstawiła smętną 'protezę' w postaci byle jak przyszytej skórkowej łatki.. do tego filcowy język połowicznie wrąbały mole, a uszy trzymały się tylko 'na słowo honoru'...
O dziwo stan trocin, które wyciągnęłam ze Zdziśka bardzo pozytywnie mnie zaskoczył.. nie wymagały nawet 'prania'.. za to cała reszta odmakała całe popołudnie we wszystkich możliwych detergentach... i.. okazało się, że... misiek wcale nie jest szaro-bury, a .. żółto-biały.. w dodatku stan pluszu jest dużo lepszy niż początkowo myślałam ;) Przed ponownym wypchaniem niedźwiedź dostał ode mnie nowy nos i jęzor( po uprzednim mozolnym wycięciu i wyskubaniu pozostałości odbarwień po łatce), solidniej przytwierdziłam też jego uszy, na nowo uruchomiłam mechanizm głowy... na koniec zawiązałam mu na szyi czerwoną kokardę, bo podobno z taką ozdobą przybył do mamy przed laty w charakterze prezentu :)
Oba pluszaki po latach strychowej poniewierki wróciły do łask i doczekały szczęśliwej 'emerytury' w zaciszu lalkowego pokoju... do tego, nie wiedzieć czemu, niemal natychmiast zyskały szczególne względy blogowych 'maskotek', które nie pytając nikogo o zdanie rozparcelowały Fafika i Zdziśka między siebie kategorycznie odmawiając ich oddania ;)
Jako pierwszy strychowe ciemności opuścił Fafik.. z relacji mamy wynikało, że był kiedyś sporych rozmiarów kudłatym, beżowym jamnikiem... był.. bo to co przyniosłam pod pachą przypominało raczej poszarpaną kupę kurzu z długimi uszami...
Wypchany pakułami pluszak miał oderwaną głowę, którą ktoś przyszył byle jak niebieskim sznurkiem, ponadrywane uszy i oczy.. do tego był niewyobrażalnie brudny i zdeformowany.. ale jak już wcześniej wspomniałam postanowiłam dać szansę jamnikowi, którego mama dostała w dzieciństwie ( tak tak... w czasach rozkwitu socjalizmu :)) od jakiegoś gościa z dalekiego zachodu :D
Piesek został rozpruty, wypatroszony, solidnie odmoczony i wyprany... po wysuszeniu i złożeniu z powrotem do kupy trzeba było jeszcze Fafika solidnie wyszczotkować...i voila! Znów wygląda jak francuski piesek ;)
Jako drugi ze strychu powrócił Zdzisiek... miś 'trociniak' będący prezentem od kolegi, który we wczesnej młodości najwyraźniej się w mamie podkochiwał ;) Stan miśka był równie kiepski jak jego uszatego kompana... trudno było mi nawet jednoznacznie określić kolor pluszu z jakiego był uszyty..
Podczas demontażu wyszło na jaw, że głowa, która z założenia powinna być ruchoma została przytwierdzona na stałe do korpusu, nos miśka zaginął bez wieści, a w jego miejsce babcia wstawiła smętną 'protezę' w postaci byle jak przyszytej skórkowej łatki.. do tego filcowy język połowicznie wrąbały mole, a uszy trzymały się tylko 'na słowo honoru'...
O dziwo stan trocin, które wyciągnęłam ze Zdziśka bardzo pozytywnie mnie zaskoczył.. nie wymagały nawet 'prania'.. za to cała reszta odmakała całe popołudnie we wszystkich możliwych detergentach... i.. okazało się, że... misiek wcale nie jest szaro-bury, a .. żółto-biały.. w dodatku stan pluszu jest dużo lepszy niż początkowo myślałam ;) Przed ponownym wypchaniem niedźwiedź dostał ode mnie nowy nos i jęzor( po uprzednim mozolnym wycięciu i wyskubaniu pozostałości odbarwień po łatce), solidniej przytwierdziłam też jego uszy, na nowo uruchomiłam mechanizm głowy... na koniec zawiązałam mu na szyi czerwoną kokardę, bo podobno z taką ozdobą przybył do mamy przed laty w charakterze prezentu :)
Oba pluszaki po latach strychowej poniewierki wróciły do łask i doczekały szczęśliwej 'emerytury' w zaciszu lalkowego pokoju... do tego, nie wiedzieć czemu, niemal natychmiast zyskały szczególne względy blogowych 'maskotek', które nie pytając nikogo o zdanie rozparcelowały Fafika i Zdziśka między siebie kategorycznie odmawiając ich oddania ;)
Subskrybuj:
Posty (Atom)









